Prymas z Ostrowa: Nie chcę, ale muszę


Arcybiskupem został, bo... nie był wybitnym politykiem. Przez cały czas piastowania godności miał konkurenta do tytułu prymasa. W tym roku, co prawda dopiero w październiku, przypada sto pięćdziesiąta rocznica urodzin Edmunda Dalbora.

Trudno w krótkim artykule przedstawić dokładnie życie człowieka, któremu ks. Czesław Pest poświęcił książkę o niemal pięciuset stronach. Dlatego skupimy się na tym, jak Edmund Dalbor został prymasem.

Urodził się w 1869 r. w Ostrowie. Tu też kończył szkołę elementarną, a następnie gimnazjum. Jak twierdzi jego biograf, na ukształtowanie patriotycznej postawy przyszłego prymasa wpływ miało sąsiedztwo... więzienia. – Przetrzymywanie w Ostrowie w charakterze więźniów powszechnie znanych Wielkopolan, duchownych i świeckich, wyostrzyło w Edmundzie (...) wrażliwość na sprawy narodowe i kościelne – pisze Czesław Pest.

Po ukończeniu gimnazjum, w 1888 r. Edmund Dalbor wkroczył na drogę kariery kościelnej. Po studiach w Münsterze, Poznaniu, Gnieźnie i Rzymie, w 1894 r. zaczął pracę jako wikary. Już w następnym roku otrzymał znaczący awans – został wikariuszem w parafii katedralnej w Poznaniu. – Nominacja ta była dużym wyróżnieniem, gdyż tym samym znalazł się w najbliższym otoczeniu arcybiskupa, a zarazem zapowiedzią dalszej kariery duchownej – ocenia ks. Pest. W 1896 r. został dyrektorem Kancelarii Arcybiskupiej. Nad jego karierą czuwał Florian Stablewski, ówczesny arcybiskup gnieźnieński i poznański (obie metropolie łączyła unia od 1821 r.).

Pozycja Edmunda Dalbora umocniła się jeszcze po śmierci arcybiskupa. Nowy metropolita, schorowany i sędziwy Edward Likowski przekazał ostrowianinowi część swoich uprawnień.

Nie był wybitny

Abp Likowski zmarł po zaledwie 5 miesiącach od objęcia rządów w archidiecezjach. Społeczeństwo polskie żywiło obawy, że niemieccy kanonicy przeforsują na jego następcę ks. Pawła Jedzinka. Wybory wyznaczono na 25 marca 1915 r. Jednak do nich nie doszło. Papież, w porozumieniu z cesarzem niemieckim, postanowił zawiesić uprawnienia wyborcze kapituł gnieźnieńskiej i poznańskiej. Dlaczego?

Po śmierci abp. Likowskiego, kuria papieska zamówiła u ks. Kazimierza Skirmunta raport o sytuacji w Wielkopolsce. – Skirmunt zwrócił uwagę (...) przede wszystkim na stosunki narodowościowe w Poznańskim, gdzie zdecydowana większość duchowieństwa i wiernych była Polakami – opisuje ks. Pest. – Nominacja Niemca byłaby katastrofalna z punktu widzenia religijnego. Zarówno duchowieństwo, jak i wierni nie mieliby zaufania do pasterza pochodzenia niemieckiego i z pewnością byliby do niego wrogo nastawieni.

Konflikty nie były potrzebne ani papieżowi, ani też cesarzowi, bo trzeba pamiętać, że toczyła się właśnie I Wojna Światowa i rząd niemiecki zabiegał o poparcie Polaków.

Kazimierz Skirmunt wskazał też najlepszego, jego zdaniem, kandydata: Edmunda Dalbora. Kanclerz Rzeszy o opinię o owym kandydacie pytał hrabiego Hutten-Czapskiego. – Nie jest pod żadnym względem tak wybitny, jak Edward Likowski i nie dorasta mu ani wiadomościami, ani zaletami – odpowiedział hrabia. Rzeczywiście, polityk z Dalbora był mierny.

Pod koniec marca 1915 r. Watykan poinformował kandydata o planowanej nominacji. Ten odpowiedział, że nie chce zostać arcybiskupem. – Swoją decyzję tłumaczył tym, że nie ma odpowiednich zdolności, warunków fizycznych i psychicznych – relacjonuje Czesław Pest. – Tłumaczył, że jest tak słaby, że po godzinie pracy umysłowej, albo po spotkaniu z interesantem, nie jest już zdolny do dalszego działania i musi udać się na odpoczynek. Ponadto Dalbor napisał, że do objęcia tej godności nie predestynuje go także jego usposobienie, albowiem z natury jest człowiekiem cichym, nie stworzonym do ciągłej walki o interesy Kościoła.


Dalbor wskazał kurii papieskiej dwóch duchownych, którzy – jego zdaniem – mieli lepsze predyspozycje do sprawowania godności arcybiskupa. Do tego udał się do Monachium, by osobiście wyperswadować nuncjuszowi papieskiemu swoją kandydaturę. Skutek był wręcz odwrotny. Nuncjusz nie zauważył, by Dalbor był jakoś bardzo schorowany, z kolei sposób bycia kandydata zrobił jak najlepsze wrażenie. Nuncjusz więc wezwał go do poddania się woli Bożej i posłuszeństwa papieżowi.

Potrzebny zdrowy kandydat

Watykan uznał jednak, że informacje o stanie zdrowia kandydata należy sprawdzić. O sporządzenie raportów poproszono dwóch poznańskich kanoników: Władysława Meszczyńskiego i Pawła Jedzinka. Obaj potwierdzili, że Dalbor ma poważne problemy zdrowotne.

Meszczyński poinformował, że może tu chodzić o dziedziczne obciążenie, bo jedna z sióstr Dalbora choruje na suchoty, a dwie inne osoby z jego rodziny zmarły na tę chorobę. Kandydat miał też mieć guzy w płucach i wnętrznościach. Ponadto, zdaniem Władysława Meszczyńskiego, Dalbor miał zbyt miękki charakter, by prowadzić spory z pruskimi władzami. To nie koniec wad: podobno miał też problemy z panowaniem nad sobą i brakowało mu dystansu do siebie.

Niewątpliwie był on mądrym człowiekiem, ale nawet najmniejsze uchybienia wobec swojego urzędu przyjmował zbyt osobiście, przez co nie był lubiany, zwłaszcza przez starsze duchowieństwo – ks. Pest relacjonuje report Meszczyńskiego.

Kanonik Jedzinka donosił z kolei, że Edmund Dalbor nie jest w stanie wygłosić kazania dłuższego niż dwadzieścia minut, bo potem traci głos. Sprawowanie urzędu arcybiskupa byłby dla niego zbyt męczące. – Potrzebny byłby raczej zdrowy kandydat, o silnej woli, a przy tym mądry i cnotliwy – przybliża raport kanonika Czesław Pest. – Wprawdzie Dalbor wszystkie te cechy posiadał, ale niestety był zbyt słaby fizycznie.

Kurię papieską zaniepokoiły te doniesienia, więc zasięgnięto jeszcze opinii lekarzy leczących kandydata. Ci, sami Polacy, oświadczyli, że nie ma przeciwwskazań zdrowotnych, by Edmund Dalbor objął funkcję metropolity. – Kierując się interesem polskim, zataili po części prawdę o zdrowiu Dalbora – twierdzi ks. Pest – gdyż kilka miesięcy wcześniej dr Jerzykowski odmówił mu wydania świadectwa zdrowia potrzebnego do ubezpieczenia się na życie.

Herb abp. Dalbora
Watykan uznał zatem, że nie ma przeszkód, by Edmund Dalbor został metropolitą gnieźnieńskim i poznańskim. 25 maja 1915 r. odebrał on depeszę z informacją o wyniesieniu do godności arcybiskupiej. 30 czerwca wystawiona została bulla prekonizacyjna. W związku z przystąpieniem Włoch do wojny pojawiły się nieoczekiwane problemy z przekazaniem jej do Wielkopolski. W rękach Dalbora znalazła się dopiero po dwóch miesiącach – 30 sierpnia.

Arcybiskup Edmund Dalbor przybrał herb, w którym podkreślił swoje pochodzenie; na trzech polach umieszczono: w górnym – herb Ostrowa, w dolnych herby kapituły gnieźnieńskiej i poznańskiej.

Dwóch do tytułu

Choć społeczeństwo uważało wciąż metropolitów gnieźnieńskich za głowy polskiego Kościoła, sprawa nie była taka prosta. Tuż po I rozbiorze władze pruskie zakazały używania tytułu Prymas Polski. Nie potwierdziła tego Stolica Apostolska, więc nazwa dalej była używana.

Jednak w 1818 r., za zgodą papieża, pojawiła się konkurencja – arcybiskupi warszawscy zaczęli nazywać się Prymasami Królestwa Polskiego. Używanie tego tytułu zarzucono w 1829 r., jednak od momentu odzyskania niepodległości w 1918 r. metropolita warszawski Aleksander Kakowski pretendował do zwierzchności nad polskim Kościołem. Ostatecznie w 1925 r. wskrzesił tytuł Prymasa Królestwa Polskiego. Aż do jego śmierci było w Polsce dwóch prymasów.

Kakowskiego, jako konkurenta dla Dalbora, wspierali kolejni nuncjusze papiescy, najpierw Achille Ratti (późniejszy papież Pius XI), następnie Lorenzo Lauri. Władze polskie, mimo braku sympatii między Piłsudskim i Dalborem, stały jednak na stanowisku, że prymasostwo ma być powiązane z Gnieznem. Opis tego konfliktu zostawmy na inną okazję, w każdym razie skończył się on dopiero po przejściu na emeryturę abp. Glempa, kiedy papież Benedykt XVI zadecydował, że prymasami będą arcybiskupi gnieźnieńscy.
Paweł Miłosz

Komentarze